pope

Diecezja Rzeszowska

Komentarz do czytań mszalnych - 12 niedziela zwykła roku B

XII Niedziela zwykła 24   VI  2018

(Łk 1,57-66.80): Biblia Tysiąclecia)

 (57) Dla Elżbiety zaś nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. (58) Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. (59) Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. (60) Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. (61) Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. (62) Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. (63) On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. (64) A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. (65) I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. (66) A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali:

Kimże będzie to dziecię?

Bo istotnie ręka Pańska była z nim

(80) Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem.

 

"Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu", Bp K. Romaniuk, O. A. Jankowski OSB, Ks. L Satchowiak" Pallotinum 1999

 57 - 58     Zgodnie z zapowiedzią anioła, Elżbieta, gdy nadszedł jej czas, powiła syna. Pamiętając o imieniu, jakie miało być nadane synowi Zachariasza, Ewangelista uczyni natychmiast dwa spostrzeżenia: 1) Pan okazał jej swoje wielkie miłosierdzie; 2) sąsiedzi i krewni cieszyli się razem z matką nowo narodzonego dziecięcia. Spełniły się pragnienia obojga małżonków: wysłuchał Bóg modlitw Zachariasza, została odjęta od Elżbiety hańba, towarzysząca w tamtych czasach małżonce niepłodnej.

59 - 63  Jako sprawiedliwi ... i postępujący według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich, ósmego dnia (por. Rdz 17,12; Kpł 12,3) rodzice poddali swe dziecię obrzezaniu. Ceremonii obrzezania towarzyszyło zazwyczaj nadawanie imienia dziecku.

Otóż przy nadaniu imienia synowi Zachariasza zdarzyły się znów rzeczy niezwykłe.

Zgodnie z częstym zwyczajem chłopcu chciano nadać imię ojca (por. Tb 1,1.9). Ale niezwykłość przyjścia na świat tego chłopca oraz sam charakter jego posłannictwa każą odstąpić od tego zwyczaju mimo energicznej opozycji najbliższej rodziny i krewnych. Elżbieta i Zachariasz - ten ostatni za pomocą tabliczki, na której wypisał, jak pragnął nazwać syna - domagali się zgodnie, by ich syn otrzymał imię Jan. Tak więc od tego momentu w każdym najbardziej zwyczajnym odezwaniu się do dziecka jego rodzice zarazem wyznawali, że "Jahwe okazał im swoje miłosierdzie" (por. 1,58).

64     Z nadaniem imienia Janowi kończy się czas kary zesłanej na jego ojca, Zachariasza. Natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. Tak więc pierwsze słowa wypowiedziane przez uleczonego z niemocy Zachariasza były wyrazem chwalby Bożej. Zauważmy, iż w rzeczywistości głównie w tym celu w ogóle warto i powinno się otwierać usta.

65 - 66  Świadków ceremonii obrzezania i tych, co się domagali dla Jana imienia jego ojca, ogarnęło przerażenie, które też udzieliło się najbliższym sąsiadom, a potem mieszkańcom całej okolicy. Powodów przerażenia mogło być wiele, lecz ostatecznie wszystkie sprowadzały się do niewątpliwego stwierdzenia bardzo wyraźnej ingerencji Boga: Świadomość zaś znajdowania się w bezpośrednim kontakcie z Bogiem zawsze napełnia bojaźnią.

Z drugiej strony zupełnie oczywisty fakt wkraczania Boga w życie nowo narodzonego chłopca zmuszał wszystkich do postawienia sobie pytania: Kimże będzie to dziecię?

80  O dziecięcych latach Jana nie wiemy prawie nic, podobnie jak o dzieciństwie Jezusa. Łukasz ograniczy się jedynie do notatki, że Jan rósł i wzmacniał się na duchu, pozostając na pustkowiu aż do czasu rozpoczęcia swej publicznej działalności. Z późniejszych danych zawartych w Ewangelii Łukasza wynika, że pustynia, na której Jan spędził swoje dziecięce i młodzieńcze lata, znajdowała się w okolicach niedawno odkrytego "klasztoru" tzw. mnichów qumrańskich.

Jest jednak mało prawdopodobne to, by Jan należał do tej społeczności. Nauka, którą będzie potem głosił, wykazuje więcej rozbieżności niż punktów stycznych z ideologią sekty qumrańskiej. Nie wiadomo, jak długo trwał okres duchowej formacji Jana na pustyni.                 Tak więc jego dzieciństwo było jeszcze bardziej ukryte niż młodość Jezusa.

Rodzice Jana, Elżbieta i Zachariasz, bardzo długo nie mogli doczekać się potomstwa. Byli już ludźmi w podeszłym wieku, gdy Zachariaszowi ukazał się anioł i powiedział: „Nie bój się, Zachariaszu! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan” (Łk 1,13).

Kiedy doszło do narodzin proroka, w domu jego rodziców zapanowała radość. „Dla Elżbiety zaś nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem” (Łk 1,57-58) – czytamy o tym wydarzeniu w Ewangelii według św. Łukasza.

Jednak nawet wówczas nie brakowało dramatycznych przeżyć. Anioł zapowiedział Zachariaszowi, że aż do narodzenia syna będzie niemy, ponieważ nie uwierzył w szczęśliwą nowinę. Ósmego dnia po narodzeniu dziecka chciano nadać mu imię jego ojca. Zachariasz poprosił wówczas o tabliczkę i napisał: „Jan będzie mu na imię” (Łk 1,63). Wtedy odzyskał mowę.

Możemy się domyślać, że Murillo przedstawił późniejszą sytuację, bo jego obraz sugeruje, że ojciec Jana rozmawia z jedną z opiekunek swego syna. Całej scenie przyglądają się z nieba anioły, a blask wokół główki niemowlęcia jest zapowiedzią roli, jaką przyjdzie mu odegrać.

Leszek Śliwa ("Gość Niedzielny")

"Budowanie na pustyni" Łk 1,57-80

Fale łaski - Augustyn Pelanowski OSPPE - Komentarze do Ewangelii św. Łukasza

Jan Chrzciciel to ostatni człowiek Starego Testamentu. Ostatni, który zamykał generację żyjącą z dala od Boga, w świecie spustoszonym przez grzech. Ostatni, który zastał świat jako pustynię bez Boga, i pierwszy, który na pustyni odkrył Ducha Świętego. O nim Pismo mówi, że "rósł i wzmacniał się duchem na pustkowiu, aż do ukazania się przed Izraelem".

Duch człowieka wypełnia się mocą na pustyni słabości. Człowiek słucha Boga, gdy jest jak wyspa, wynurzony z oceanu utopijnych pożądań, otoczony zewsząd falami pokus, ale im nieulegający: "Wyspy, posłuchajcie Mnie! Ludy najdalsze, uważajcie! Powołał Mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał moje imię" (Iz 49,1).

Sama pustynia może być miejscem ocalenia, jak wyspa dla rozbitka z tonącego niczym rozbity okręt świata. Wielu, z zapadniętym obliczem, mogłoby powiedzieć: "Moje życie jest puste", ale może właśnie ta pustka jest ich wyspą ocalenia? Może ten chaos, który utracili, pogrążyłby ich beznamiętnie?

Jan żyje

  • na pustkowiu ducha, bo nic już w sferze ducha mu nie przeszkadza;
  • na pustkowiu swoich myśli, ponieważ żadna myśl nie jest ważniejsza niż myśl o Bogu;
  • na pustkowiu uczuć, by uczynić miejsce dla doznania miłości od Boga;
  • na pustkowiu materialnym, usunąwszy od siebie mnóstwo rzeczy zasłaniających najważniejszego.

We wszystkich rzeczywistościach, które są ubóstwiane przez ludzi, on dostrzega jedynie pustkę. Ale pustka jest idealną przestrzenią, by w niej już nic nie zasłaniało Tego, który jest pełnią - Boga.

Paradoks pustyni polega na tym, że tak naprawdę jedynie pustka jest zdolna pomieścić pełnię obecności Boga, gdyż Bóg nie daje się w częściach, lecz tylko w całości, nie znosząc obok siebie niczego i nikogo.

  • I jeszcze coś.

Zawsze zastanawiała mnie nieustraszoność Chrzciciela. Zazdrościłem mu odwagi nie cofającej się przed mówieniem prawdy, bez względu na konsekwencje.

Mnie, człowiekowi, który tyle lat spędził na różnym udawaniu ze strachu przed zwykłą dezaprobatą ludzką, jawił się jako niedościgniony wzór.

Po latach zrozumiałem tę tajemnicę zupełnego opuszczenia go przez jakąkolwiek trwogę. Istnieje nowiem ścisły związek między zaspokajaniem swych potrzeb naturalnych, począwszy od nasycenia żołądka aż po nasycenie intelektu, a wzrostem lęków.

Im więcej posiadamy, tym więcej drżymy z lęku przed utratą tego wszystkiego, co zdobyliśmy.

Interesujące - imię Heroda, człowieka, który nigdy niczego sobie nie odmawiał, ma związek z hebrajskim słowem HARAD, które oznacza drżenie ze strachu.

  • Trzeba mieć swoją małą pustynię, swoje choćby maleńkie pustkowie, aby żyć                  w duchu Jana, bo taka postawa przygotowuje człowieka na przybycie Jezusa.
  • Trzeba stworzyć w ciągu dnia jakąś najmniejszą choćby przestrzeń, w której człowiek w pustce doznaje obecności Boga, wzrasta i umacnia się duchem.
  • Czy masz swoją pustynię? Swoją samotnię wypełnioną obecnością Boga?
  • Taki czas i takie miejsce, do którego nikt nie ma dostępu oprócz Niego?

Małe dzieci często chowają się w szafach między starymi paltami, za drzwiami albo na zakurzonych strychach, by z dala od dorosłych doznawać bezpiecznej idylli.

Pamiętam, że sam jako dziecko ukrywałem się przed dorosłymi za szafą albo pod stołem, czy też w innych sekretnych miejscach, bu poczuć siebie samego i zapewne już wtedy odkrywałem obecność Boga. Czasami mówiłem do Niego i czułem, że jestem słyszany.

Kiedy odrywasz się od innych, odzyskujesz siebie, a to jest warunek, by doznać obecności Boga. Można samemu stworzyć taką przestrzeń, w której doznaje się tylko Boga, albo życie nam stworzy takie warunki. Albo wyrzeczenie, albo strata w końcu popychają człowieka na pustkowie.

Czymże ono bowiem jest?

Opuszczeniem innych albo opuszczeniem przez innych. Pustynia to miejsce zniszczone - zniszczenie więc, jakiekolwiek by ono nie było, daje efekt pustyni.

Zawsze mnie intrygowało, co oznaczają słowa, że tak mały chłopiec żył na pustkowiu.                 Z daleka od ludzi, czy też także z daleka od rodziców? Dziecko wychowujące się bez rodzeństwa, bez kolegów i koleżanek, bez odniesienia do kogokolwiek. Musiało to być przykre, od najmłodszych lat spędzać całe dnie w samotności. Między nim a starszymi od niego o wiele lat rodzicami zapewne też nie było zbyt bliskiego kontaktu. Dziecko urodzone w późnym wieku swych rodziców, znajduje zbyt wielką przepaść między sobą a nimi, by czuć się komfortowo.

  • O czym marzył? Jak się bawił? Jak spędzał czas na tym pustkowiu?   Nie wiemy.

Wiemy tylko, że sytuacja otworzyła go od najmłodszych lat na działanie Ducha Świętego.

Jan Chrzciciel to człowiek od początku do końca budowany Duchem Świętym; by być tak budowanym, trzeba się poddać, ale nie skapitulować. Wykazując się odwagą i pokorą, poddać się działaniu, uznać, że życie może przebiegać według pomysłu Najlepszego Budowniczego, który z pustki czyni pełnię.

Zniszczenie marzeń, zniszczenie małżeństwa lub rodzicielstwa, opuszczenie przez ukochane osoby, pominięcie przez tak zwane szczęście, zwykła samotność, pustka uczuć, odczucie bycia niepotrzebnym nikomu, zapomnienie o nas, nawet czyjaś zdrada popełniona wobec nas, porzucenie, odrzucenie ... wszystkie te doświadczenia, choć przykre, wrzucają nas w ramiona Boga i tworzą ową pustynię Jana Chrzciciela.

Idealnie na formują i wzmacniają duchowo, choć często poczynają się od rozdzielającego bólu.

  • Jeśli chcemy, by udało się nam TAMTO ŻYCIE, to dlaczego marzymy o udanym życiu na TYM świecie?
  • Tylko pustka tworzy klimat przylgnięcia do Boga.
  • Chwalić Boga mamy w Kościele, we wspólnocie, ale przyjaźń z Nim jest możliwa tylko w samotności.

A może "dobrodziejstwo" pustyni bierze się nie tylko z przeżywania pustki, zniszczenia, samotności, ale także z żaru, w jaki (chcący czy niechcący) na niej wpadamy.

Nie można już ukryć tego, że się ma w sobie ciemności - to następny paradoks. Ktoś, kto żyje nieświadomy swej ciemności, lęka się światła, które demaskuje mrok.

  • Słońce zaś jest symbolem Boga, sam Jezus na Górze Przemienienia lśnił obliczem jak słońce.

 

 "Drewniana tabliczka" Łk 1,57-65

Fale łaski - Augustyn Pelanowski OSPPE - Komentarze do Ewangelii św. Łukasza

 W klimacie dość skrajnych uczuć urodziło się to dziecko: najpierw wszyscy się cieszyli, a potem byli przerażeni. Między radością a przerażeniem jest ogromna przepaść, można powiedzieć - pustka.

Nie jest ważne, że przerazisz człowieka, jeśli Bóg jest z ciebie zadowolony i czynisz Mu przyjemność tym, że wybierasz to, co jest wpisane w twoje serce Jego ręką i miłe Jego oczom.

A może największą radością ludzi jest to, że w końcu widząc wielkie dzieła Boga, uwalniają się z obojętności i zaczynają swoją wiarę od tego, co zwykle jest jej początkiem: od przerażenia?

Imię Jan nie było tradycją rodu Zachariasza, ale było darem od Boga. Zachariasz uznał, że wola Boga wyrażająca się w imieniu wybranym dla chłopca jest ważniejsza od rodzinnych schematów. Nieważne, co chcieliby w nas widzieć rodzice, albo cała rodzina, ważne jest to, co pragnie w nas dostrzec Bóg.

Gabriel, który ukazał się Zachariaszowi, obwieścił mu, że tak właśnie będzie miał na imię jego syn. Dla współczesnego człowieka imię nie jest czymś szczególnym, ale dla starożytnych było rodzajem przepowiedni, konstytuowało osobę, mówiąc inaczej: imię sprawiało, że ktoś był SOBĄ!

Nikt nie jest swoim własnym wytworem, bycie sobą nie jest więc własnym osiągnięciem, efektem osobistych starań, lecz jest darem.

A skoro imię, to również całe nasze życie jest wyznaczone nieprzypadkowo. Możemy mówić o pewnego rodzaju przeznaczeniu, ale nie w sensie ściśle zdeterminowanego fatum.

Przeznaczenie człowieka to jego powołanie, które dostaje od Boga. Mogą istnieć różne warianty albo modyfikacje powołania, Bóg daje nam wiele wolności, ale każdy z nas musi poznać swoje prawdziwe "ja", które otrzymuje od Boga, swoje prawdziwe imię. Starożytni wierzyli i wielką wagę przykładali do nadania imienia - było ono tym "ja", które widział Bóg w człowieku.

Imię jest jak bilet lotniczy, ma przypominać o celu, czyli powołaniu człowieka.

"Ten świat jest, jak lotnisko, czymś przejściowym, ale większość traktuje go jako jedyny cel życia. Krążą po lotnisku świata, zapominając o swoim bilecie, o swoim powołaniu                    i kupują w strefie wolnej od cła różne rzeczy, przylepiają swoje twarze do szyb, wyglądając na płytę lotniska, siedzą na fotelach poczekalni, czytając gazety albo książki lub dryfując po Internecie ze swymi laptopami, zajadają w restauracji gyros. Tymczasem ich samolot, ich lot ku niebu jest przez nich zapominany. Zapominając o celu podróży, zapominają też, kim są i po co w ogóle są. Tymczasem na bilecie widnieje ich imię i cel podróży - najważniejsze dane. Zapominają, że mają taki bilet w kieszeni na sercu" (Faustyna Błaszczak),

Trzeba wyjąć taki bilet i odczytać cel - odczytać, bo nazwanie rzeczy sprawia, że one stają się. Nazywanie jest konieczne - są rzeczywistości, które unicestwiają się, gdy je nazywamy, i są takie, które nazwane - stają się. Na przykład nazywanie swych pokus, swych grzechów - doprowadza w spowiedzi do ich unicestwienia, podobnie nazywanie celu swego życia sprawia, że on dla nas zaczyna istnieć.

  • Najprawdziwsza i najważniejsza wiedza o sobie rozpoczyna się od spojrzenia na Boga i zapytania Go o to, kim On nas chce mieć. Zapytania, kogo On w nas widzi, jakie mamy imię od Niego.

Tożsamość, jaką on nam daje, jest wyjątkowa - jest tajemnicą, którą odkrywamy stopniowo - jako powołanie. Kim innym też jesteśmy dla ludzi, a kim innym dla Niego  (por. Ap 2,17).

Widzę to szczególnie w Księdze Daniela: Daniel był kimś innym dla Nabuchodonozora, a kimś innym w Obliczu Boga. W oczach króla był Belteszassarem - imię to znaczy tyle, co "chroń życie króla", w źrenicach Boga był Danielem - "sądem Boga"!

Daniel właśnie dzięki temu, że miał odwagę mówić Nabuchodonozorowi osądzającą prawdę, najlepiej go chronił. Mając świadomość tego, jaką misję mu wyznaczył Bóg, najlepiej służył drugiemu człowiekowi.

  • Kiedy wiesz, kim jesteś dla Boga, wiesz też, kim jesteś dla innych i kim jesteś dla siebie samego.

Przede wszystkim Bóg patrzy na nas z płomiennym zaangażowaniem miłości. Poznanie siebie samego i swojej tożsamości jest skazane na pomyłkę, jeśli nie poznamy, jak On nas kocha i kim jesteśmy dla Niego. A patrzy na nas tak intensywnie, że aż ma nas w swoich źrenicach.

W języku hiszpańskim źrenica to PUPILA, w angielskim PUPIL, we francuskim PUPILLE. Każdy wie, co oznacza być czyimś PUPILEM - być faworytem!

Właśnie tak Bóg nas widzi, każdego z nas, jak swojego "pupila". Gdy jesteś tego świadom, wiesz, kim jesteś - imię nasze to chrześcijanin - ten, który jest w Chrystusie. On patrzy na każdego z nas, jak na swego Syna, jeśli tylko w Nim, w Chrystusie żyjemy dzięki Komunii Świętej.

To jest pierwsze poznanie, pierwsza prawda o mojej tożsamości i moim przeznaczeniu, którą mam przyjąć do serca. Inne, precyzujące moją wyjątkowość i niepowtarzalność, wyłonią się w czasie, który przeznaczę na pytanie Boga o to, kim jeszcze jestem w Jego oczach.

"(8)Kiedy Najwyższy rozgraniczał narody, rozdzielał synów człowieczych, wtedy ludom granice wytyczał według liczby synów Izraela; (9) bo Jego lud jest własnością Pana, dziedzictwem Jego wydzielonym jest Jakub. (10) Na pustej ziemi go znalazł, na pustkowiu, wśród dzikiego wycia, opiekował się nim i pouczał, strzegł jak źrenicy oka." (Pwt 32,8-10)

"(8) Strzeż mnie jak źrenicy oka; w cieniu Twych skrzydeł mnie ukryj. "  (Ps 17,8)

"(2) Strzeż mych nakazów, byś żył, jak źrenicy oka - mych uwag. (3) Do palca je swego przymocuj, na tablicy serca je zapisz." (Prz 7,2-3)

"(12) Tak mówi Pan Zastępów, Przesławny, do narodów, które was ograbiły: Kto was dotyka, dotyka źrenicy mojego oka." (Za 2,12)

Większość ludzi opiera swoją tożsamość na tym, co robi, a nie na tym, kim jest w oczach Boga. Patrząc na Chrystusa, możemy łatwo dojrzeć, że Jego tożsamość opierała się na tym, kim był w odniesieniu do swego Ojca, Boga, a nie na tym, co robił.

  • Dla Niego najważniejsza była więź z Ojcem, wszystko inne wypływało z tej więzi.

Z nami jest często inaczej, określamy się według tego, co robimy, co czynimy dla innych i w źrenicach innych szukamy aprobaty i odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy. Dlatego tyle w nas niepokoju i niepewności, bo ciągle lękamy się, co inni o nas pomyślą i jak nas zaopiniują.

Tymczasem Jezus spoglądał nieustannie na to, kim jest w oczach swojego Ojca. To stąd czerpał taką pewność i niezachwiane poczucie wartości - wiedział, kim jest i jak jest kochany przez Ojca.

Podczas chrztu i na Górze Przemienienia wypowiedział słowa, że ma w nim upodobanie i On jest Jego Synem - wypowiedział te słowa wobec ludzi, ale przede wszystkim do swego Syna. Jezus nigdy w tę miłość nie wątpił, bo była to miłość wieczna, za to my ciągle się lękamy i nie mamy pewności, kim jesteśmy, bo zamiast w Bogu szukać swej tożsamości, w oczach Boga dopatrywać się miłości i akceptacji, niespokojnie spoglądamy w oczy ludzi i u nich szukamy potwierdzenia.

Ludzie tymczasem są chwiejni i nawet ci, którzy nas kochają, nie dają gwarancji na wieczną miłość. Nie jesteśmy pewni tego, co mówią nam o nas i nie wiemy czy to, co mówią, jest prawdą - w końcu sami nie wiemy, kim jesteśmy.

Jezus wiedział, kim jest, bo wiedział, kim jest w oczach swojego Ojca. Nigdy nie wątpił w Jego miłość i dlatego nie zwątpił w to, kim jest.

Jego imię JEHOSZUA oznacza wołanie: JAHWE ZBAW! Wiedział, że z jednej strony jest On wołaniem całej ludzkości skierowanym do Ojca przez Niego - z drugiej strony jest odpowiedzią daną człowiekowi przez Boga, który jedynie w tym Imieniu udziela zbawienia.

Podobnie było z Janem - nie nosił imienia nadanego przez ludzi, tylko przez Boga. Nie szukał w ludzkich oczach swej tożsamości, nie spoglądał lękliwie na to, co inni powiedzą i jak go ocenią. Ważne było dla niego, kim jest w oczach Boga, dlatego nigdy się nie zachwiał i zawsze był pewien tego, kim jest.

Jego imię JEHONAAN można przetłumaczyć: JAHWE SIĘ ZMIŁOWAŁ.

Te słowa określiły całe jego życie, wypełniały się każdego dnia. W oczach Boga był tym, który miał innym okazywać Jego zmiłowanie, dlatego nawoływał do skruchy i pokuty, bo skrucha jest warunkiem zmiłowania Boga.

Wiedział, co miał czynić w życiu, bo wiedział, kim jest w oczach Boga. Tymczasem wielu z nas nie wie, co ma robić z życiem, nie wie, czym się zająć, a jeśli nawet już czymś się zajmuje, to często nie daje mu to satysfakcji ani poczucia sensu.

Od pierwszych chwil istnienia cały los Jana, cała ścieżka jego życia była szlakiem przeznaczenia, którą Jan z gorliwością kroczył, rozpoznając znaki Boga. Ponieważ był pewien tego, kim jest dla Boga i dla ludzi, nie znał lęku nawet przed śmiercią.

Jego życie było nieustraszone, gdyż miłość Boga była w nim potężniejsza niż śmierć. Nasz lęk jest tym bardziej potężny, im bardziej nie jesteśmy pewni, kim jesteśmy i po co żyjemy. Tylko Bóg daje taką pewność.

Gdy Jan się miał urodzić, jego ojciec był oniemiały, gdyż anioł dotknął paraliżująco jego władzy mówienia za to, że nie uwierzył w narodzenie chłopca. Gdy pytano go o imię, jakie wybrał razem z Elżbietą dla nowo narodzonego chłopczyka.

Zachariasz wziął drewnianą tabliczkę (PINAKIDION) i zapisał na niej wybrane imię (Łk 1,63). Po wielu latach, gdy Jan został ścięty na skutek fatalnej prośby córki Herodiady, znowu pojawiła się drewniana tablica (PINAX), a na niej przyniesiono ściętą głowę proroka (Mk 6,26-28).

Ścięta głowa na misie (drewnianej tablicy) musiała wyglądać przerażająco, ale była ostatnim proroctwem dla Heroda, który "stracił głowę" dla kobiety, z którą cudzołożył. Prorokować nawet po śmierci? Nawet ściętą głową, która milczy! Chrzciciel wypełnił więc swoje przeznaczenie nawet poza koniec swojego życia.

Istnieje jakiś tajemniczy związek między tabliczką drewnianą, na której Zachariasz zapisał imię syna, a tablicą drewnianą, na której Salome przyniosła matce ściętą głowę Jana Chrzciciela. Przeznaczenie już na początku bywa zapowiedziane w małych znakach, które po latach urastają do smutnych rozmiarów.

Ale jedynie na tym świecie, w ludzkich oczach, ci, którzy zachowali wierność Bogu do końca, są przegranymi. W źrenicach Boga nigdy nie przestaną istnieć jako faworyci, w których On ma upodobanie. A zobaczyć siebie w oczach Boga, w oczach, które nigdy nie zgasną, oznacza być niezniszczalnym.

Komentarze za: http://www.prezentek.edu.pl/images/2017/Krag_bibl/SSB_37.pdf